Údolie smrti Czyli 317 km…

Údolie smrti

Czyli 317 km #rower na święta, bo po co najkrótszą drogą jak można zboczyć na zagranicę, no i po co jechać samochodem jak ten czas można „zmarnować” na rowerze. W pierwszym komentarzu zdjęcia z kolejnego dnia, do którego już nie ma sensu robić wpisu. Okolice Diabelskiego Kamienia w Foluszu – trzeba być debilem jak ja, żeby wybrać się tam z rowerem. Szosowym tym bardziej. Ale dla mnie było mega nawet jak nieraz musiałem go nosić – w SPD-SL to prawdziwa „rozkosz”.

Start o 6 rano. Rześko i słonecznie, więc człowiek pozytywnie się nastawił. Zapowiadany #wmordewind cały dzień bo najpierw miało wiać z południowego-wschodu, potem ze wschodu już na słowackiej stronie i na koniec po polskiej z północnego wschodu. Widać wiatr robił pętlę.

Gdy robiło się już naprawdę ciepło, to po 30km niestety zaszło słońce za grube chmury co w połączeniu z wiatrem w twarz powodowało, że aż do południa temperatura nie przekroczyła 10 stopni. Polską stronę krążyłem, żeby zrobić trochę przewyższeń, a potem już dzida na Słowację. Tam obowiązkowym pkt był Świdnik z pomnikiem i paroma maszynkami wojennymi – ciekawie ludzie mieszkają. Czołgi, katiusza i samolot pod blokiem. Znajomi się śmieją, że jak wracam do domu to jadę na Ukrainę, a to na Słowacji nazwy miejscowości bywają po ukraińsku i szczekaczki nadal wiszą na słupach.

Głównym celem wyjazdu był przejazd przez Dolinę Śmierci, czyli miejsca, gdzie rozegrała się bitwa pancerna Operacji Dukielsko-Preszowskiej. Armia sowiecka i czechosłowacka starła się z Niemcami. Na pamiątkę porozmieszczano w okolicy kilkanaście czołgów, które stoją m.in. w szczerym polu. Polecam fanom takiego żelastwa.

Kawałek od granicy dołączył do mnie kumpel z liceum i razem dojechaliśmy do mojego rodzinnego domu.

Strava

Trochę zaległy wpis, ale z kronikarskiego obowiązku. Pewnie wieczorem wleci jeszcze kolejny z wyjazdu do Czech – raczej i tak tylko wrzucam te 300+ km.

#metaxynarowerze #100km #200km #300km (nr 3)